Określili również wysokość nad poziomem morza, powyżej której wycieczki musi oprowadzać przewodnik górski. Dziś nikt tych norm nie przestrzega, bo nie ma do nich przepisów wykonawczych.
Według rządowego rozporządzenia, na jednego narciarza ma przypadać 100 mkw. wolnej przestrzeni na stoku. Gdyby tego przestrzegać, przestałaby działać ponad połowa tras w Polsce. - To jakiś absurd. Wychodzi na to, że przy każdym wyciągu powinien być geodeta, mierzący wolną przestrzeń wokół narciarzy - śmieje się Janusz Maciejczok, amator białego szaleństwa z Wrocławia.
Dodaje, że jeździ na nartach tam, gdzie mu odpowiada. - Np. w Zieleńcu jest do wyboru dwadzieścia wyciągów. Jeśli, na jakimś stoku jest dla kogoś za tłoczno, to wybierze inny. Równie nieżyciowy, jak się okazuje, jest przepis dotyczący górskich wycieczek. Każda grupa idąca w góry powyżej 1000 m n.p.m. powinna korzystać z usług przewodnika turystycznego. Szkolna wycieczka, która wchodzi na Wielką Sowę (1015 m n.p.m.) bez przewodnika, a tak zwykle jest, łamie prawo.
Takich martwych przepisów jest więcej. Jak choćby o odpowiednim oświetleniu stoków narciarskich, na których jeździ się w nocy. - Co z tego, że jest ustalona norma, skoro nie ma zapisów, kto i za jakie pieniądze ma kontrolować natężenie oświetlenia - mówi Zdzisław Wiatr, naczelnik Wałbrzysko-Kłodzkiej Grupy GOPR.
Jest szansa, że przepisy dotyczące bezpieczeństwa w górach wreszcie będą życiowe. Parlamentarzyści pracują nad kolejnym rozporządzeniem. - Mam nadzieję, że będzie lepsze - mówi Wiatr. Na co drugiej trasie narciarskiej w kraju łamie się prawo.