Prawdopodobnie wyprowadzka ma związek ze sporem, który wybuchł na początku roku. GOPR zażądał od właściciela wyciągów w Karpaczu, czyli spółki MKL, cztery razy więcej pieniędzy za dyżury i pomoc narciarzom na stokach. Ratownicy zagrozili wówczas, że bez dodatkowych pieniędzy nie będą pomagali.
- Płaciliśmy ratownikom 5 tysięcy złotych miesięcznie, a zażądali 20 tysięcy. Nie zgodziliśmy się, bowiem uznaliśmy stawki za wygórowane. Ponadto nie ma przepisów, dzięki którym GOPR mógłby żądać jakichkolwiek opłat - mówi Waldemar Draheim.
Dodaje, że ustawa o bezpieczeństwie w górach zobowiązuje ich jedynie do zapewnienia ratownikom pomieszczeń, w których mogą pełnić dyżury i przechowywać sprzęt. Odmiennego zdania jest GOPR.
- Nic nas nie zobowiązuje do świadczenia prywatnym firmom nieodpłatnych usług. To właściciel stacji musi zapewnić narciarzom pierwszą pomoc - twierdzi jednak Maciej Abramowicz, naczelnik GOPR-u.
Na razie ratownicy niczego jednak nie wskórali. Spór zakończył się ich porażką, bo nie dostali ani złotówki więcej. Nie zgodziły się na to ani władze MKL w Karpaczu, ani Sudety Lift w Szklarskiej Porębie. Obie spółki chcą jednak dogadać się z GOPR-em i wspólnie zapewnić narciarzom bezpieczeństwo w kolejnym sezonie.
Nie zmienia to faktu, że zażądały wyprowadzki. To pomieszczenia w budynku na Kopie przy górnej stacji wyciągu oraz w schronisku Strzecha Akademicka. MKL twierdzi, że ratownicy w ogóle do swych dyżurek nie zaglądali. Na większość akcji ruszali z dołu.
- Po co więc mają nadal stać puste? Mamy kilka pomysłów na ich zagospodarowanie. Być może latem będą tam stacjonować medycy lub studenci badający ciśnienie turystom - mówi Waldemar Draheim, dyrektor MKL Karpacz.
GOPR-owcy twierdzą, że w budynku na Kopie pełnią dyżury latem i zimą, kiedy jest największy ruch turystyczny. Stamtąd mają blisko w różne rejony Karkonoszy. Trzymają tam również swój sprzęt potrzebny w czasie akcji. - Na sprzęt miejsce się zawsze znajdzie - uspokaja Waldemar Draheim.
Jednocześnie ratownicy przyznają, że pokój w schronisku Strzecha Akademicka pełni jedynie rolę miejsca, z którego mogą nawiązać łączność radiową z bazą. Czy po opuszczeniu dyżurek ratownicy mogą mieć kłopot z szybkim dotarciem do poszkodowanych w górach?
- Żadnego problemu nie będzie. W Karpaczu mamy swoją bazę przy dolnej stacji wyciągu i możemy szybko dotrzeć stamtąd na miejsce wypadku - zapewnia Maciej Abramowicz. Nie ukrywa jednak zaskoczenia decyzją władz MKL. Pismo jeszcze do niego nie dotarło, więc nie chce komentować tej sprawy oficjalnie.