- Są tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki - przekonuje jego kolega Zbigniew Prus. W lesie przy drodze z Jeleniej Góry do Piechowic codziennie kilku ludzi rozbija młotami pneumatycznymi granitową skałę. W jej wnętrzu mają być ukryte setki sztabek złota, skrzynie z kamieniami szlachetnymi, dzieła sztuki z kolekcją obrazów dygnitarzy III Rzeszy. - Przez całą dobę pilnujemy wykopaliska - Zbigniew Prus pokazuje jamę głęboką na 13 metrów. Jej wykopanie kosztowało już 250 tysięcy złotych.
Podsibirski rzetelnie przygotował się do eksploracji: ma wszystkie konieczne pozwolenia. Ma też umowę z Ministerstwem Skarbu Państwa. Dzięki niej liczy, że po wydobyciu złota z wnętrza Sobiesza jego ekipa dostanie z państwowej kasy 20 procent wartości. Szacuje, że cały czas depczą po dwóch tysiącach sztabek złota, z których każda waży 16 kilogramów. - Przy obecnych cenach złota jedna sztabka będzie warta 450 tysięcy dolarów - wylicza Józef Zając.
Skarbów, które mają być ukryte w Sobieszu, Władysław Podsibirski poszukuje od 30 lat. Dokładnie zbadał wnętrze góry i stworzył mapy geologiczne. - Poświęcam życie i masę pieniędzy dla mojej pasji, ale ktoś musi te kosztowności wydobyć - tłumaczy Podsibirski.
Kibicują mu inni tropiciele podziemnych zagadek przeszłości. Każdy z nich ma inną specjalność. Na przykład Tadeusz Słowikowski, emerytowany górnik i pasjonat historii z Wałbrzycha twierdzi, że udało mu się ustalić miejsce gdzie hitlerowcy prawdopodobnie ukryli pociąg z rudą wolframu. Według Słowikowskiego jest on na 65. kilometrze linii kolejowej Wałbrzych-Wrocław. Niemcy zamaskowali tunel, w którym do dzisiaj stoi cały skład. Słowikowski specjalizuje się także w skarbach zamku Książ. Doprowadził m.in. do odnalezienia ukrytych komnat. Kierownictwo zamku nie podjęło jednak decyzji o wejściu do ich wnętrza.
Dolnoślązacy oprócz skarbów szukają także kamieni szlachetnych, przedstawiających niekiedy sporą wartość. Poszukiwacze agatów z całej Polski od lat rozkopują lasy w okolicach Nowego Kościoła. W Różanej tuż za drogą Złotoryja - Jelenia Góra można się natknąć na dziesiątki dzikich sztolni. Największe mają po 4-6 metrów głębokości. Na poszukiwaniu agatów dorabia sobie wielu mieszkańców okolicznych wiosek. Po powodzi w 1997 roku przepiękne kamienie wyjmowali z dna Kaczawy.
- Poszukiwanie skarbów jest jak narkotyk - przyznaje 46-letni analityk bankowy, który już ma przygotowany wykrywacz metali i lada dzień ruszy na pola. Wie, że to, co robi jest nielegalne, ale pasja zwycięża. - Każdy z nas ma swoje miejsca i sposoby szukania - opowiada. - Strzeżemy tego zazdrośnie. Nigdy nikt się nie przyzna, że coś wykrył.
Wojciech Kapałczyński, szef jeleniogórskiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków, ostrzega, że jeśli poszukiwacze znajdą w ziemi kosztowności, to natychmiast muszą wstrzymać prace i powiadomić służby konserwatora zabytków.
Eksploratorzy o tym dobrze wiedzą, jednak rzadko informują o znaleziskach odpowiednie służby. Zgodnie z prawem muszą oddać wszystko, co znaleźli w ziemi, nawet jeśli wydobyli to na prywatnej działce. - Jeśli tego nie zrobią, mogą zapłacić grzywnę lub nawet zostać oskarżeni o przestępstwo - informuje Wojciech Kapałczyński.
Poszukiwaczy to nie odstrasza. Nawet w centrum Wrocławia nie przestają węszyć. Przekopują nowe miejsca, schodzą do podziemi, studiują przedwojenne plany miasta. - Zdecydowanie najciekawsze są okolice Dworca Głównego - twierdzi jeden z młodych eksploratorów. Zwłaszcza po lekturze powieści "Festung Breslau" Marka Krajewskiego, w której inspektor Mock wędruje podziemiami pod dworcem. Poszukiwacze podejrzewają, że są pod nim trzy poziomy, z czego dwa zalane wodą, zupełnie niezbadane.
Parking przed budynkiem również stanowi zagadkę. Zejście do rzekomego bunkra miałoby się znajdować w jednym ze sklepów pod poziomem parkingu. We Wrocławiu na poszukiwaczy można natrafić też w okolicach Poczty Głównej, miejskiej fosy, rejonie budowy przy placu Bema. Zapuszczają się do parku Wschodniego. Gdy wymieniają miejsca, za każdym razem proszą, by o nich nie pisać, bo konkurencja czuwa. Podsibirski konkurencji się nie obawia. Jest pewny, że lada dzień skarb będzie w jego rękach.
Poszukiwacze skarbów muszą poinformować konserwatora zabytków o odkryciu Największe skarby znajdowane są przypadkiem, a za każdym odkryciem kryje się jakaś tragedia sprzed lat Robert Primke, historyk, współautor, wraz z Wojciechem i Maciejem Szczerepami, książki pt. "Skarby Śląska - odnalezione, poszukiwane - legendarne": - Każdy skarb ma swój czas. Im dłużej zajmuję się poszukiwaniami i piszę o historycznych znaleziskach, tym bardziej przekonuję się, jak słuszna jest ta zasada.
Rzadko bowiem zdarza się, by odkrywano skarby w miejscach, gdzie się ich planowo poszukuje. Największe znaleziska wpadły w ręce ludzi przypadkiem, podczas prac budowlanych czy remontów. Tak było na przykład ze słynnym skarbem ze Środy Śląskiej, gdzie średniowieczna kolekcja monet i klejnotów monarchów czeskich została odnaleziona podczas prac budowlanych. Nikt ich w tym miejscu nigdy nic nie szukał. Podobnie było z sakiewką z Nowogrodźca. Znalezisko z 2004 roku zelektryzowało eksploratorów. Podczas przygotowania miejskiej inwestycji odkryto 64 monety z XVII w. Prawdopodobnie zostały w pośpiechu zakopane przez jakiegoś mieszczanina, uciekającego przed najeźdźcą w czasie wojny trzydziestoletniej.
To potwierdza, że za każdym skarbem kryje się ludzka tragedia. Jakaś śmierć, czy ucieczka. Warto o tym pamiętać.