Niebieski szlak z Karłowa na Narożnik, niewielki, ale malowniczy szczyt w Górach Stołowych. Kilkaset metrów wspinaczki. Przy ścieżce dwa krzyże połączone łańcuszkiem. Na nim tabliczka z napisem "Byli młodzi, wrażliwi, pełni radości życia. Zginęli od kul zabójcy, w górach, które tak ukochali". Przy krzyżach wyrwana trawa, kwiaty.
- Ludzie wciąż pamiętają o tym, co wydarzyło się tu dziesięć lat temu i czekają na to, że ktoś odpowie za tę zbrodnię - mówi Maria Terka, mieszkanka Karłowa. To morderstwo wstrząsnęło nią bardzo. Miała córkę w wieku Ani. Wszyscy wtedy zadawali sobie pytanie: dlaczego? Bali się o swoje dzieci. Przez wiele tygodni nie chodzili w góry.
Był upalny sierpień 1997 roku. Anna Kembrowska i Robert Odżga, studenci Akademii Rolniczej we Wrocławiu, wędrowali szlakiem w okolicy Karłowa. Szli na obóz naukowy, który miał się odbyć w miejscowym schronisku. Byli jego współorganizatorami. Oboje bardzo zdolni, najlepsi studenci na roku.
Zakochani w sobie, górach, przyrodzie. Do schroniska nie dotarli. Zaniepokojeni znajomi zawiadomili rodziców Roberta. Mieszkali niedaleko, w Międzylesiu. To oni poprosili o pomoc GOPR i policję.
Ratownicy początkowo myśleli, że studenci postanowili przejść na czeską stronę i tam się zatrzymali. Jednak rodzice zaginionej pary powtarzali, że to odpowiedzialni ludzie i na pewno nie zrobiliby czegoś takiego. Rozpoczęły się poszukiwania. Ratownicy byli pewni, że szukają rannych podczas wspinaczki, ale żywych turystów.
27 sierpnia 1997 roku o godz. 16.20 pies jednego z ratowników znalazł ich zwłoki kilka metrów poniżej szlaku na Narożnik. - To było straszne - wspomina Zbigniew Jagielaszek z GOPR-u. - Wokół unosiła się mdła woń rozkładających się ciał. Leżeli dziesięć metrów od siebie. Oboje mieli ściągnięte do kolan spodnie.
Rozpoczęło się intensywne śledztwo. Sekcja zwłok potwierdziła to, o czym nikt nawet nie myślał - zostali zamordowani, zginęli od strzałów w głowę.
- Za spust pociągał fachowiec - uważa Janusz Bartkiewicz, emerytowany policjant, który przez pięć lat zajmował się tą sprawą. - W dodatku upozorował gwałt. Nie mieliśmy motywu, ani świadków, choć do zbrodni doszło w biały dzień, a podczas wakacji w górach było mnóstwo turystów.
Trudno nam było ruszyć z miejsca. Rozważaliśmy motyw rabunkowy. Zginął jednak tylko pamiętnik tej dziewczyny, zegarek i aparat fotograficzny. Byliśmy pewni, że to były przypadkowe ofiary. Po prostu znaleźli się tam w nieodpowiednim czasie. Może sfotografowali coś, czego nie powinni, może coś zobaczyli...
Przez blisko rok trwało bardzo intensywne śledztwo. Przesłuchano dziesiątki osób, sprawdzono wszystkie poszlaki, szukano skradzionego aparatu. W którymś momencie policjanci myśleli, że są blisko. Kiedy okazało się, że broń, z której strzelano, jest wyprodukowana w Czechach, powiązano to ze zbiegiem z tamtejszego więzienia, który mógł w tym czasie ukrywać się w górach. Mężczyzna został schwytany, ale wykluczono, by to on był zabójcą. W końcu we wrześniu 1998 roku śledztwo w prokuraturze umorzono.
Wciąż jednak zajmowali się nim policjanci z wydziału kryminalnego.
- Należy jeszcze raz dobrze sprawdzić trop prowadzący do grupy międzynarodowych neofaszystów - uważa Janusz Bartkiewicz. - W 2003 roku dotarłem do ludzi, którzy powiedzieli mi coś, co wcześniej przeoczyliśmy.
W tym czasie w górach przebywali neofaszyści. W pobliskich Dusznikach organizowali sobie potajemne zloty. Po zabójstwie od razu stamtąd zniknęli i przez kilka lat nie pojawiali się w tym rejonie.
Ania i Robert mieli długie włosy, zwiewne ubrania, wyglądali jak hippisi. Mogli być celem. Dodatkowo nieprzypadkowa wydaje mi się data morderstwa - była to dziesiąta rocznica samobójczej śmierci Rudolfa Hessa - prawej ręki Hitlera - który jest idolem współczesnych organizacji faszystowskich.
- Szybko powiązałem to z zeznaniami turystów, którzy tego dnia szli niebieskim szlakiem. Twierdzili, że widzieli w górach mężczyzn w ubraniach moro. Nie zdążyłem już tych informacji sprawdzić. Sprawdzi je prokuratura.
- Ta sprawa ciągle jest w naszym zainteresowaniu. Policjanci wciąż badają nowe wątki – zapewnia prokurator Grzeszczak.
Na cmentarzu w Międzylesiu na grobie Roberta palą się znicze.
- Był taki młody i szczęśliwy - wspomina Edward Odżga, ojciec chłopaka. - Za trzy tygodnie miał bronić pracę magisterską. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ktoś go zabił. To był dobry, wrażliwy chłopak, nigdy nikomu nie zrobił nic złego. Widocznie Bóg tak chciał... Nie chcę o tym rozmawiać, wracać do tego, to boli...
W Polsce jest zaledwie kilku policjantów specjalizujących się w szukaniu sprawców zabójstw sprzed lat i rozwiązywaniu spraw umorzonych. To Archiwum X, grupa śledczych przy wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.
- Zaczynamy wtedy, gdy inni już skończyli - mówi jej oficer operacyjny. - I, co najważniejsze, bardzo często udaje nam się po latach znaleźć sprawców zbrodni. Nie ma znaczenia po ilu latach, choć oczywiście łatwiej jest po pięciu niż po piętnastu. W pracy stosujemy zarówno metody operacyjne, nowoczesne zdobycze techniki, jak i te niekonwencjonalne. Nie boimy się korzystać z pomocy choćby jasnowidzów.
Często sprawa rozwiązuje się przy okazji innej lub po prostu ktoś zauważa to, co jego poprzednicy przegapili. Spotykamy się z tym często. Wiadomo, że będąc na miejscu zdarzenia, jest się bardziej zaangażowanym. Od początku prowadzący postępowania obierają jakiś wątek czy nić, po których starają się poruszać. Nam jest łatwiej: po pierwsze dlatego, że robimy to z perspektywy czasu, po drugie nikt nie stoi nad nami i nas nie ponagla.
Niekiedy czas działa wręcz na naszą korzyść. Przez lata, osoby, które popełniły zbrodnię, muszą sobie radzić z napięciem. W pewnym momencie zaczynają pękać, nie wytrzymują psychicznie i wtedy najczęściej popełniają jakiś błąd.