Przy ulicy Na Śnieżkę znajdują się wszystkie schroniska górskie w Karpaczu. Pierwsza jest Samotnia, następnie Strzecha Akademicka, Dom Śląski i w końcu obserwatorium meteorologiczne na Śnieżce.
O ile w dolnej części ulicy jej mieszkańcom żyje się w miarę normalnie, to mieszkanie powyżej wejścia do parku narodowego wymaga niezwykłego charakteru i wytrwałości. Według mieszkańców są tu tylko dwie pory roku. Zima trwa siedem miesięcy, potem przychodzi lato. Wiatr potrafi wiać przez wiele dni z prędkością huraganu.
Nie pozostaje to bez wpływu na psychikę. Mieszkający i pracujący tu ludzie nieraz bez powodu robią się drażliwi. Niektórzy nie wytrzymują nawet kilku dni. Zdarzało się, że z pracy w obserwatorium na Śnieżce nowi pracownicy rezygnowali już po pierwszym dyżurze. Wysoko w górach brakuje rozrywek. Jest tylko ciężka praca i sen. Pracownicy wymieniają się co dwa tygodnie. W podobnym systemie pracują meteorolodzy na Śnieżce. Dzierżawcy schronisk mieszkają tu na stałe.
Zapasy do schronisk trzeba zacząć przywozić już w czerwcu. Gdy ulicę zasypie śnieg, nikt już nie wwiezie np. ponad 100 ton opału do Strzechy Akademickiej. Do transportu służy schronisku cała flotylla pojazdów. Jest stara terenowa ciężarówka z lat 60. Dzierżawca ma też śnieżny czeski łazik o nazwie Lawina, który zimą wwozi bagaże turystów.
Niektórzy z nich są zaskoczeni, że do schroniska nie mogą dojechać samochodami. Wjazd na ulicę Na Śnieżkę mają bowiem jedynie pojazdy z przepustkami. Nie dociera tu poczta. Trzeba po nią schodzić do urzędu pocztowego w mieście. Nie zawsze tak było. Przed laty pracował tu słynny listonosz, który przez 37 lat wnosił na szczyt Śnieżki przesyłki i odbierał pocztę ze schronisk.
Ktoś nawet obliczył, że wchodząc codziennie na najwyższy szczyt Karkonoszy, przeszedł odległość równą prawie trzykrotnemu obwodowi Ziemi.
Zaproście nas do siebie. Czekamy na mejle: alina.gierak@gazeta.wroc.pl
Oni tu mieszkają:
Blaski i cienie