Ze sceny zawsze chciał uciekać. Czuł ogromną niechęć do publicznych występów. Peszyły go i tremowały. Ale miał to coś, co ostatecznie pozwalało mu za każdym razem przezwyciężyć swój lęk przed stanięciem oko w oko z widzami: niezwykły talent i vis comica, dzięki którym wywoływał salwy śmiechu na widowni - czy to podczas festiwalu w Opolu, czy na studenckiej FAM-ie. "Kaczmarek chciał być zwykłym inżynierem. Pech chciał, że pisał świetne dowcipne piosenki i miał poczucie humoru najwyższych lotów" - wspominał Tadeusz Drozda.
I winę za to, że Jan Kaczmarek został pierwszoplanowym gwiazdorem polskiego kabaretu, ponosi właśnie Drozda. Pan Janek wytłumaczył to w jednym z wywiadów, przypominając, że powstanie kabaretu Elita nastąpiło w "chwili historycznego postawienia mu piwa przez Tadeusza Drozdę".
Był rok 1969. Kaczmarek studiował elektronikę na Politechnice Warszawskiej. Koledzy z uczelni znali chłopaka z rozwichrzoną czupryną, który posiadł umiejętność brzdąkania na gitarze i śpiewania dowcipnych piosenek własnego autorstwa.
- On już wtedy był gwiazdą na polibudzie - opowiada Jerzy Skoczylas, który wówczas również przyjął propozycję Drozdy i dołączył do Elity. - Gdyby nie Janek, nie odnieślibyśmy sukcesu ani na FAM-ie, ani w Opolu - wspominał Skoczylas.
"Około 1970 roku napisałem piosenkę "Kurna chata" i ku mojemu zdziwieniu została ona zakwalifikowana na Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu. Pojechaliśmy, zaśpiewaliśmy i wygraliśmy" - pisał w swoim życiorysie Kaczmarek. Był rok 1971 i Elita została wyróżniona w Opolu nagrodą Radiokomitetu. Wtedy też rozpoczęła się na dobre trwająca do dzisiaj kariera kabaretu. "Chyba wówczas ostatecznie do nas dotarło, że inżynierami to my już nie będziemy" - wspominał Drozda.
"Kurną chatę" śpiewała cała Polska, a Kaczmarek produkował kolejne przeboje i prosił kolegów, by śpiewali je publicznie bez niego. "Uciekaliśmy się do podstępów. Okłamywaliśmy go, że wyjdzie na scenę tylko na chwilę. Tłumaczyliśmy, że bez niego sobie nie poradzimy" - opowiadał o metodach scenicznych rekrutacji Drozda.
Dowcipnymi studentami zainteresowało się szybko Polskie Radio, które wówczas udostępniało sporo antenowego czasu młodym kabareciarzom. Przyuważył ich Andrzej Waligórski, szef wrocławskiego magazynu rozrywkowego "Studio 202". I najpierw Kaczmarek w 1973 roku, a za chwilę cała Elita podpisali kontrakt z Polskim Radiem. Kaczmarek był etatowym tekściarzem we wrocławskiej rozgłośni, ale zaraz ogólnopolska Trójka zapragnęła mieć go u siebie.
Marcin Wolski, rezydujący w Warszawie satyryk, zaangażował Kaczmarka wraz z Elitą do Programu Trzeciego. Wyprodukowane przez kabaret programy ukazywały się najpierw w "Ilustrowanym Tygodniku Rozrywkowym", a następnie w bardzo popularnym magazynie "60 minut na godzinę".
Triumfy święcili też w ogólnopolskich wydaniach "Studia 202". Zresztą swojego pierwszego pracodawcy - Andrzeja Waligórskiego - nie zdradzili nigdy. Był ich mistrzem, przyjacielem i autorytetem nie tylko w dziedzinie poczucia humoru.
Waligórski twierdził, że Kaczmarek ma dar do humoru refleksyjnego, przemyślanego, głębokiego. Kiedy w 1980 roku Czesław Miłosz dostał literackiego Nobla, Kaczmarek wysmarował taką oto piosenkę: "Nie znałem pana, panie Czesławie, choć mi maturę wydano/i wierszy pańskich z głowy nie strzelam, bo strzelać nam nie kazano". Po czym wyznał publicznie, że naprawdę nie wiedział, kto to ten Miłosz. W związku z tym noblista zaprosił niedouczonego kabareciarza na wieczór autorski i poprosił go o wyśpiewanie szczerej pieśni. "To był jeden z najważniejszych dni w moim życiu. Mogłem porozmawiać z Miłoszem, a nawet zrobiłem z nim wywiad. Później przeczytałem chyba wszystko, co on napisał" - opowiadał po latach.
Publiczność go uwielbiała, bo był satyrykiem z wielką kulturą. W jego piosenkach nie było chamstwa i prostackiego humoru. Było wiadomo, że każdy jego nowy utwór to zaskoczenie. Na warsztat brał tematy niezbyt kabaretowe i umiał bawić się słowami, bawiąc do łez. Nie był to jednak ryk widowni i zrywanie boków. Publiczność w te jego satyryczno-poetyckie kawałki się wsłuchiwała. "Polskie Strzechy", czyli "Nie angielskie, nie kreolskie", "Zerowy bilans, czyli pero, pero", "Czego się boisz głupia", "Do serca przytul psa", "Ballada o mleczarzu", "Wapno", "Co się zżera w jeziorze", "Oj naiwny", "Europa" stały się przebojami i przeszły nie tylko do historii kabaretu, ale znajdują się w encyklopedii polskiej muzyki rozrywkowej. "One przychodziły do mnie znienacka. Siadałem i pisałem. Ot i wszystko. Na początku niestety nie zdawałem sobie sprawy, że będę musiał je śpiewać" - kwitował Kaczmarek, który pokazał nam, że przy pomocy śmiechu można pokonać nawet największe słabości i lęk.
Jan Kaczmarek zmarł 14 listopada 2007 r. na chorobę Parkinsona, na którą cierpiał od lat 80. Pochowano go na cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu.
Z Agatą Mróz rozmawiałem kilka dni przed operacją - przeszczepem szpiku. Sympatycznie, na luzie, choć mąż dbał, by nie za długo. By nie odbierać sił komuś, kto ma ich niewiele, a musi stoczyć najważniejszą bitwę. O życie.
Dzień w dzień przemierzała Agata drogę krzyżową. Cierpiąc, a jednocześnie uśmiechając się. Męcząc się, lecz żyjąc nadzieją. Wiedziała, że pod murami wrocławskiej kliniki przechadzają się mąż z córeczką Lilianą, więc pragnęła tylko do nich dołączyć. Wiele chciała od życia?
Chociaż siły opuszczały Agatę z dnia na dzień, to o tę rodzinę walczyła z niesłabnącą determinacją. Gdy kolejni lekarze odradzali ciążę, szła po prostu do następnego. Aż w końcu usłyszała to, co chciała usłyszeć - proszę spróbować. I stało się to we Wrocławiu.
Gdy wydała na świat córkę, była wniebowzięta. I rezolutnie przyznała, iż tę ciążę pomógł jej donosić cały naród. Tak, była Agata osobą ciepłą oraz kochającą rozdawać szczęście innym. No i skorą do żartów. Personel wrocławskiej kliniki mógł żartobliwie zwracać się do niej per "nasza wysokość". Trudno było przecież o łóżko, w którym nasze Złotko nie czułoby się skrępowane. Bawiły ją też odwiedziny brata Pawła (215 cm), koszykarza Śląska Wrocław.
- Wyglądał komicznie, bo nie mają tu sterylnych ciuchów w jego rozmiarze - tłumaczyła. Siostrę Kasię, również siatkarkę (194 cm), czule nazywała z kolei szaloną wariatką.
Czy 4 czerwca Agata przegrała? Bzdura! Do ostatnich chwil radowała się, że Lilka tak pięknie rośnie.
Przyszłego męża, Jacka Olszewskiego, poznała w górach, pod stokiem. Przyjechał tam pojeździć z kolegami na desce. Zamienili raptem kilka słów i w tej samej chwili poczuli, że te dwie połowy pasują do siebie jak ulał. Nieco później on wysłał jej omyłkowo - miast do kolegi - SMS-a o treści: "Fajna ta Agata". W ramach riposty odebrał w swoim telefonie taką oto wiadomość: "To się z nią umów". No i się umówili. Zawarta została też między nimi inna umowa - że Jacek wychowa Lilianę na dobrego człowieka. Takiego, jakim była mama.
We wrocławskiej klinice hematologii towarzyszami niedoli byli mali pacjenci. I choć Agata wielu przewyższa niemal dwukrotnie, w tej placówce wszelkie różnice się zacierały. - Bo tu wszyscy jesteśmy równi. Zresztą nigdy nie czułam się osobą ani znaną, ani wielką. Może tylko wysoką - skromnie zauważała siatkarka.
- Traktowałem ją jak własną córkę. No więc gdy urodziła się Lilianka, łza mi się w oku zakręciła. Zostałem przecież siatkarskim dziadkiem tego maleństwa, jak to Agata ujęła - mówi nam selekcjoner Andrzej Niemczyk, który w latach 2003-2005 był niczym król Midas. Za co się nie wziął, to zamieniał w złoto. Z dużą pomocą nieprzeciętnej środkowej bloku. Dostała się ona przecież do kadry Niemczyka jako zawodniczka II-ligowego klubu z Ostrowca Świętokrzyskiego. I z tego właśnie szczebla odbiła się aż na najwyższy stopień podium mistrzostw Europy w Turcji (2003).
- Grała sobie w tej niższej lidze i mieszkała gdzieś w internacie. Zadzwoniłem do Agaty i powiedziałem, że chciałbym ją zobaczyć na zgrupowaniu kadry. Później mi zdradziła, że gdy to usłyszała, o mało z krzesła nie spadła. A gdy już ją zobaczyłem, to wiedziałem, że w krótkim okresie czasu można z niej zrobić wspaniałą zawodniczkę - wspomina Niemczyk.
Z chorobą Agata zaczęła się zmagać jako nastolatka. Były przerwy w treningach, czasem łzy. Stąd właśnie ta kwarantanna w niższej lidze.
Była też jednak wiara w lepsze jutro.
- Do 2005 roku jej wyniki wciąż się poprawiały. Jednakże w sezonie 2005/2006 przestała wytrzymywać reżim. Przyznawała, że czuje się zajechana. I choroba się potoczyła - z bólem wspomina Andrzej Niemczyk.
O niego też Agata dbała. No bo skoro on traktował ją jak córkę, ona troszczyła się o niego jak o ojca.
- Czasem ja goniłem ją, a czasem ona mnie. Kiedy za długo przesiadywałem na dole w barze podczas zgrupowań w Szczyrku, przychodziła po mnie i mówiła: "Wracamy na górę, jutro ciężki dzień". Kiedy z jej wynikami zaczęło być gorzej i w klubie już nie trenowała, to telefonowała, że chciałaby przyjechać na zgrupowanie kadry i chociaż trochę sobie poodbijać. Nie godziłem się i wtedy była na mnie zła. Nie mogłem jednak pozwalać na to w sytuacji, gdy byle dotknięcie kończyło się krwiakiem i siniakiem. Brakowało przecież krzepliwości krwi. Tłumaczyłem Agacie, że jak się poślizgnie, to nawet nie zdążymy jej do szpitala zawieźć - wyjaśnia były selekcjoner, który swoją chorobę (nowotwór) zdołał pokonać.
Siatkarski dziadek ma plan, by pomóc "wnuczce" na tyle, na ile można. - Chcę otworzyć rachunek dla małej. Nie fundację, a rachunek. Od pewnej kwoty nie trzeba odprowadzać podatku. Jest wystarczająco dużo siatkarek i siatkarzy, którzy chętnie wpłacą coś na to konto - zaznacza Andrzej Niemczyk.
O Agacie też nie zapomnimy. Śpij spokojnie, Złotko.
Dwa lata temu artykuł dwóch rzeszowskich historyków pt. "Życie w ukryciu. Agenturalna współpraca Wojciecha Dzieduszyckiego z aparatem bezpieczeństwa Polski Ludowej w latach 1949-1972" przykrył cieniem jeden z najbarwniejszych życiorysów w powojennej Polsce. W ubeckich aktach występuje pod kryptonimami "Jedynka" i "Turgieniew".
Pochodził z zamożnej rodziny szlacheckiej. Otrzymał staranne wykształcenie muzyczne, ale też skończył Wydział Rolniczo-Leśny Politechniki Lwowskiej oraz Wydział Budowy Maszyn Młynarskich w Hamburgu. W czasie okupacji, aresztowany przez gestapo, trafił do obozu w Gross-Rosen. Do Wrocławia przyjechał parę miesięcy po wojnie.
Został dyrektorem młynów i animatorem życia kulturalnego. Z racji wykształcenia był jednym z organizatorów, już 1946 roku, Międzynarodowego Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach-Zdroju, Dolnośląskiego Towarzystwa Muzycznego, Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków. Walczył piórem o utworzenie Filharmonii Wrocławskiej, dzięki niemu powołano Wrocławską Orkiestrę Symfoniczną i popularny do dziś Klub Muzyki i Literatury. Przykładał rękę do powstania wrocławskiego ośrodka telewizyjnego.
Był prezesem koła Towarzystwa im. Fryderyka Chopina i doprowadził do odsłonięcia pomnika patrona we Wrocławiu. Wraz z żoną Haliną założył kabaret "Dymek z papierosa". Aktor, śpiewak, dyrygent, reżyser, tłumacz, autor piosenek, działacz kulturalny, dziennikarz telewizyjny, felietonista, krytyk muzyczny i teatralny. Miał 96 lat.
Wybitny matematyk, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, twórca sławnego salonu dyskusyjnego, w którym co piątek spotykali się znani artyści, pisarze, lekarze i naukowcy. Stworzył go na wzór słynnej lwowskiej kawiarni. Przez mieszkanie profesora przewinęło się ponad tysiąc osób. Prowadzone w salonie Józefa Dudka dysputy przedłużały się często do późnej nocy. Matematyk planował spotkania z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Gośćmi salonu byli m.in. Lech Wałęsa, Władysław Bartoszewski i Jan Nowak-Jeziorański.
Zginął 22 marca w lawinie śnieżnej, która zeszła w Białym Jarze w Karpaczu. Był jednym z najlepszych instruktorów snowboardowych w Polsce. Należał do ludzi, którzy najlepiej czuli się w górach. Był doktorantem na Uniwersytecie Wrocławskim.
Wrocławski architekt, profesor Politechniki Wrocławskiej. Popularność zdobył jako autor cyklu rysunków "Piórkiem i węglem", które publikował na łamach wszystkich wrocławskich gazet i periodyków. Uwiecznił na nich największe skarby starej, dolnośląskiej architektury. Do najciekawszych serii należą fragmenty zabudowań Uniwersytetu Wrocławskiego, wieży ratuszowej w Otmuchowie czy późnobarokowego opactwa cystersów w Lubiążu.
Jedna z najbardziej zasłużonych postaci w historii KGHM. Był m.in. dyrektorem technicznym Zakładów Górniczych Lubin. Starsi kibice piłki nożnej pamiętają go jako prezesa Zagłębia Lubin.
W 1969 r. skończył prawo, cztery lata później - filozofię. Doktorat obronił na Uniwersytecie Poznańskim, habilitował się już we Wrocławiu. Stworzył Instytut Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego, był członkiem zarządu głównego komitetu socjologii PAN. Oprócz uniwersytetu, wykładał także w Dolnośląskiej Szkole Wyższej i w PWST. Specjalizował się w problemach współczesnej kultury; we wrocławskim miesięczniku "Odra" prowadził przez wiele lat rubrykę "Notatki socjologa". Zmarł nagle w maju - dostał wylewu. Miał 63 lata.
Dramaturg i scenarzysta filmowy. Syn poety Tadeusza. Współpracował z wieloma scenami w całym kraju, choć najczęściej z tymi z rodzinnego Wrocławia. 10 lat temu do księgarń trafił jego debiutancki tomik wierszy zatytułowany "Karty Merkucja". Przez wiele lat związany był z "Notatnikiem Teatralnym", publikował w "Odrze".
Miłośnik Legnicy. Skończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Pracował jako prokurator przez 30 lat. Prowadził najtrudniejsze śledztwa, najczęściej w głośnych i bulwersujących opinię publiczną sprawach. Specjalista od zamachów bombowych, które stały się plagą w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Był także jednym z pomysłodawców powstania Stowarzyszenia "Tarninów", które z założenia ma promować i pielęgnować najpiękniejszą dzielnicę Legnicy.
Przez 22 lata był związany z klubem koszykarskim Turów Zgorzelec. To on prowadził klub, gdy przed czterema laty drużyna wywalczyła awans do koszykarskiej ekstraklasy. Zawsze otwarty, szczery, dowcipny. Był dla zawodników i kibiców trochę ojcem i trochę przyjacielem. Był ikoną klubu i basketu w Zgorzelcu, a jego odejście to dla wszystkich sympatyków koszykówki wielka strata.
Specjalista chemioterapii z Jeleniej Góry. Znakomity fachowiec, oddana bez reszty pacjentom, którzy nazywali ją "Doktor Ola". Miała dla nich czas i uśmiech. Planowała wyjechać na misje charytatywne. Nie zdążyła.
Autorka książek podróżniczych i o historii Karpacza. Artystyczna, niespokojna dusza. Współorganizatorka cyklu Muzycznego Ogrodu Liczyrzepy, w którym spotykali się młodzi wokaliści operowi. Przyczyniła się do ponownego odkrycia utworów operowych o karkonoskim Duchu Gór. Energiczna i zawsze pełna pomysłów. Mając 70 lat cieszyła się, że nauczyła się wysyłać mejle. Dzięki jej staraniom w szkole w Karpaczu mieszkańcy zrealizowali w 2004 roku spektakl operowy o Liczyrzepie.
Redaktor muzyczny Polskiego Radia Wrocław. Z wykształcenia był polonistą, ale zamiast uczyć w szkole, wybrał radio. Przez wiele lat prowadził w publicznej rozgłośni programy z muzyką jazzową.
- Był nie tylko świetnym dziennikarzem muzycznym, ale także znakomity mówcą - mówi wrocławski trębacz jazzowy Zbigniew Czwojda. Równie ciekawie potrafił w kameralnej rozmowie opowiedzieć o swojej ulubionej płycie, co poprowadzić duży koncert.
Skończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Po studiach pracował w "Przeglądzie Sportowym". Po przeprowadzce do Legnicy związał się z "Gazetą Robotniczą", pisywał do "Słowa Polskiego". Był też jednym z twórców "Tygodnika Konkrety", w którym pracował od założenia w roku 1972 do początku lat 90. Był także jednym z pierwszych autorów w "Gazecie Legnickiej", która powstała w 1991 r. Po jej likwidacji rozpoczął współpracę z "Panoramą Legnicką". Przypominał znanych legnickich sportowców i trenerów.
Jeleniogórzanin, który pełnił misję wojskową w Afganistanie. Mieszkał i wychowywał się w Cieplicach. Marzył od dziecka, by być żołnierzem, jak ojciec. Służył w 6. batalionie desantowo-szturmowym w Gliwicach. Był dowódcą patrolu. Zginął w Afganistanie w wyniku eksplozji ładunku, na który najechał wóz bojowy. Pozostawił żonę i jedno dziecko.